Kilka lat temu pierwszy raz zetknąłem się z prozą Kurta Vonneguta i od tamtej pory z niekłamana przyjemnością zapoznałem się z większością jego dorobku literackiego. Do tej pory uważam, że Vonnegut jest moim ulubionym pisarzem postmodernistycznym. Wstyd przyznać, ale dopiero kilka miesięcy temu udało mi się zaznajomić z prozą Thomasa Pynchona. Autora uważanego za „czołowego twórcę postmodernizmu”. Naiwnie jest wyrokować po jednej przeczytanej pozycji, ale jednak myślę, że z prozą tego autora zaprzyjaźnię się na dłużej. Aczkolwiek recenzowana książka jest podobno najbardziej przystępną w jego dorobku. Cóż, czas pokaże.

„49 idzie pod młotek”, bo o tej książce mowa, opowiada historię Edypy Maas. „Typowej” nietypowej przedstawicielki amerykańskiej klasy średniej przełomu lat 50’ i 60’, która odziedziczyła spadek po swoim zmarłym eks-kochanku. Edypa, by poznać zawartość testamentu, wyrusza w długą i krętą fabularnie drogę, pełną ślepych zaułków, której ostatecznym celem jest poznanie prawdy. A może poznanie kłamstwa przepisanego w prawdę? A może celem nie jest sama prawda, tylko droga prowadząca do niej? Edypa jest bohaterką, która świadomie podejmuje się owej drogi i w trakcie jej przechodzenia, odkrywa że cel jest nieosiągalną mrzonką. Czy aby jednak na pewno poszukiwania są skazane na niepowodzenie?

Read the rest of this entry »

Fritz Leiber, znany w Polsce z cyklu fantasy o przygodach dwóch bohaterów, barbarzyńcy Fafryda oraz łotrzyka Szarego Kocura, jest uważany za jednego z najważniejszych twórców nurtu sword and sorcery. Mało kto u nas wie, że ten amerykański pisarz jest także autorem wielu książek science-fiction i to takich, które zaliczane są do kanonu szeroko pojętej fantastyki. Jeden z jego najwcześniejszych utworów, „Ciemności, przybywaj”, opowiadający o przyszłości rasy ludzkiej po zakończeniu ery atomowej, niedawno ujrzał światło dzienne w pięknym kraju nad Wisłą.

Read the rest of this entry »

Trzecia w tym roku pozycja Uczty Wyobraźni potwierdza najwyższą jakość oraz niekwestionowaną pozycję lidera serii na naszym rynku. Sięgając po książkę VanderMeer’a miałem za sobą lekturę „Miasta Szaleńców i Świętych,” „Podziemii Veniss” oraz „Trzech dni w przygranicznym miasteczku”. Autor ma u mnie tak mocną pozycję, że oczekując na wydanie książki nie czytałem o niej żadnych informacji ani recenzji. Wystarczyło mi nazwisko na okładce. Nie zawiodłem się.

Otworzywszy książkę z ukontentowaniem ujrzałem, że „wracam do Ambergris”. Zastanawiałem się przez chwilę jak VanderMeer poradzi sobie z dłuższą formą oraz moimi oczekiwaniami, bo raz, że „Miasto Szaleńców i Świętych” wysoko ustawiło poprzeczkę tak formą jak i treścią, a dwa to „Podziemia Veniss” można nazwać co najwyżej minipowieścią do tego opartą na antycznym wzorcu zejścia do piekła po ukochaną. Autor rozwiał obie obawy.

Read the rest of this entry »

Wszechstronność zazwyczaj bywa zaletą, ale często też uznaje się, że ten, kto zna się na wszystkim, to tak jakby nie znał się na niczym. Kult specjalizacji ogarnął świat już jakiś czas temu. Społeczeństwo samo siebie szufladkuje, układa na odpowiednich półkach, a ten, kto się wychyla, dostaje po głowie. Podobnie jest w literaturze. Pisarz s-f ma pisać o statkach kosmicznych, fantasy o elfach, a w horrorze ma lać się krew. Oczywiście zmiana raz wybranego nurtu jest źle odbierana przez fanów. Jednak zdarzają się tacy autorzy, którzy wydają się pisać dla samych siebie a odnoszą niewiarygodne sukcesy. Jednym z nich jest Neil Gaiman, literat, scenarzysta, reżyser, dziennikarz. Robi to, co lubi, a zrazem to, co przynosi mu sławę. Od mrocznych scen w serii komiksowej „Sandman” po ostatnie swoje dzieło, skierowane przede wszystkim do młodego odbiorcy, pt: „Odd i lodowi olbrzymi”.

Read the rest of this entry »

Rzeczywistość widziana oczyma mrówki musi wyglądać fascynująco. Wystarczy uzmysłowić sobie ogrom informacji przetwarzanych przez mrówcze zmysły. Ziemia emanująca milionami zapachów, tajemnice czające się za każdym drzewem, niebezpieczeństwa czekające na co bardziej nieostrożne istoty. Teraz wszystkie te wrażenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Bernard Werber w powieści „Imperium mrówek” zabiera czytelnika w podróż do mrówczego świata. Świata istot potężnych, a zarazem tak maleńkich, że często ledwo dostrzegalnych.

Moje pierwsze spotkanie z pisarzem z Tuluzy miało miejsce podczas lektury książki „Tanatonauci”. O ile wspomniana powieść pod względem fabuły w finalnym rozrachunku nie wypadła najkorzystniej, o tyle język wypowiedzi Bernarda Werbera pozostawił bardzo korzystne wrażenia. Na tyle pozytywne, że postanowiłem sięgnąć po „Imperium mrówek”, tj. pierwszą część trylogii „Mrówki”, która dość szybko zyskała uznanie w oczach czytelników nie tylko z Francji. W Polsce możemy cieszyć się twórczością Bernarda Werbera dzięki wydawnictwu Sonia Draga.

Read the rest of this entry »

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, to powszechnie znana prawda. Idziemy na obiad do przyszłych teściów, a matka naszej wybranki, chcąc błysnąć przez przyszłym zięciem, wyczarowuje wykwintny i cudowny obiad. Pyszne jedzonko, które ma nas udobruchać i sprawić, że podporządkujemy się jej woli. Jednak jadąc na kolejna biesiadę u rodziców ukochanej szykujemy się, że znowu dobrze pojemy… a tutaj kotlet się przypalił, a rosół zagotował i nici z uczty. Teściowa raz się postarała, a na kolejny zabrakło jej animuszu. Podobnie przytrafiło się pewnemu pisarzowi. Jeffrey Ford zapomniał zupełnie doprawić swojej powieści. Nawiązując do gotowania, to nawet nie dodał soli do smaku.

Read the rest of this entry »

Jeffa VanderMeera określić można jako pisarza „od miast” – w jego twórczości to właśnie na ich kreacji opiera się fabuła, a same metropolie urastają do rangi osobnych bohaterów. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że w tej materii autor stał się prawdziwym mistrzem. Z premierą kolejnej jego książki „Shriek: Posłowie” wprowadzoną na rynek tym razem przez wydawnictwo Mag, czytelnik ma okazję odwiedzić powtórnie jedno z takich niesamowitych tworów, mowa oczywiście o mieście Ambergris. Przy poprzedniej wizycie można je było poznać przez lekturę rozpraw naukowych, przewodników, listów, notatek – istna układanka, którą porozrzucaną podał nam autor. Użycie tej niestandardowej formy wyróżniało „Miasto szaleńców i świętych” spośród innych pozycji ukazujących się na rynku i tworzyło specyficzny klimat, który panuje w tej metropolii.

Read the rest of this entry »

Gdy słyszycie „Stephen King”, jakie jest wasze pierwsze skojarzenie? Mi momentalnie przed oczami pojawia się autor horrorów z czarodziejskim kapeluszem pomysłów oraz wiecznie żywym „stanem Maine”. Sięgając po dowolny tekst literacki sygnowany jego nazwiskiem zakładam, że będzie on z zasady przyprawiał o gęsią skórkę, wywoływał uczucie niepokoju, a przede wszystkim nadmiernie rozbudzał uśpioną wyobraźnię. Nie spodziewam się jednak, że ilekroć sięgnę po powieść – czy też opowiadanie – zostanę pogryziony, opętany, zarażony czy też zmiażdżony. Nie, nie spodziewam się tego i wam też nie radzę.

Stephen King niejednokrotnie udowadniał, że straszyć potrafi. Robi to z powodzeniem czy to się komuś podoba czy nie i w najbliższym czasie nie planuje przestać. Od blisko czterdziestu lat wypycha umysły czytelników całego świata obrazami zła kryjącego się pod najróżniejszymi postaciami, od wampirów gryzących po zachodzie słońca po dzieci przetrącające karki rówieśników kijem do bejsbola. Stephen King, autor z wieloletnim doświadczeniem, pisarz znakomicie odnajdujący się zarówno w klasycznej literaturze grozy jak i powieści obyczajowej.

Read the rest of this entry »

Pisząc o pierwszej części cyklu o Wspólnocie pt. „Gwiazda Pandory” nie omieszkałem wspomnieć, że na finał tej powieści zaczekamy do marca 2010 r. I tak też się stało. Jesienią 2009 r. ukazał się pierwszy tom „Judasza wyzwolonego” a w marcu tego roku tom drugi. Wydawnictwo Zysk nie spieszyło się z finalizacją cyklu z sobie tylko znanych powodów, które mnie – jako czytelnika – w ogóle nie obchodzą. Nie zamierzam ich rozumieć, współczuć, solidaryzować się. Bo traktowanie czytelnika jak tresowane zwierzątko, któremu w odpowiedniej chwili rzuci się kość i poklepie po głowie, wcale nie jest przyjemne. Ostatecznie mogę także za to winić Petera F. Hamiltona. Pisze te swoje „cegły” nie zważając na to, że nie da się zmieścić w dwóch tomach powieści obliczonej na dwie części, która liczy jednak ponad dwa tysiące czterysta stron. Na pewno nie da się tego uczynić w Polsce w przypadku wydawcy, który uparł się na niemal kieszonkowy format powieści. Jednak, koniec końców, poirytowanie tak długim oczekiwaniem na finał, jest przede wszystkim „zasługą” stworzonej przez Hamiltona fabuły. Bo spoglądając z perspektywy całości, powiedzieć można tylko jedno – dobre to było i to oczekiwanie zostało sowicie wynagrodzone.

Read the rest of this entry »

Demony przeszłości czasami są gorsze od tych prawdziwych, pochodzących z piekielnych otchłani. Dają w kość nawet najbardziej zatwardziałym ignorantom. I jak to one, składają wizyty w najmniej odpowiednich momentach. Feliks Castor miał widocznie za mało problemów na głowie, otrzymał więc w ramach promocji parę kolejnych. Wracamy do Londynu, w którym duchy, łaki oraz upiory chodzą między ludźmi jakby nigdy nic, a niektóre nawet w uczciwy sposób zarabiają na… życie? A po przełomie wieków ich działalność jest coraz bardziej zauważalna. Egzorcyści mają pełne ręce roboty.

Czwarta część cyklu o Feliksie Castorze przynosi nam powiew świeżości, a autor serii, Mike Carey, podąża w stronę mroczniejszych historii, drastyczniejszych opisów i przerażającej wizji przyszłości. „Krew nie woda” rozpoczyna się w momencie, kiedy to Rafael Ditko, opętany przez Asmodeusza, ma zmienić miejsce stałego pobytu i przeprowadzić się z Ośrodka Opieki Charlesa Stangera do Kliniki Ontologii Metamorficznej, którą zarządza „przyjaciółka od serca” głównego bohatera, Jenna-Jane Mulbridge. Czyli przeskok czasowy między poprzednią powieścią, pt. „Przebierańcy”, a najnowszą odsłoną serialu jest niewielki. Feliks, czując się odpowiedzialny za pana Ditko, wcale nie zamierza przyglądać się tej jego zmianie otoczenia z boku. Wątek demona Asmodeusza, który został zapoczątkowany w pierwszym tomie cyklu, jest systematycznie rozwijany oraz nabiera tempa. Jak to się skończy, pewnie przyjdzie nam poczekać do finału historii, a ma ona mieć siedem części.

Read the rest of this entry »