W ubiegłym roku miałem niewątpliwą przyjemność przeczytać „Grombelardzką legendę” Feliksa W. Kresa. Obecnie, z drobnym poślizgiem w czasie, recenzuję kolejną część szererskiego cyklu „Księgi całości” i zaczynam naprawdę żałować, że nie sięgnąłem po niego kilka lat temu. Seria ta, jak pisałem we wcześniejszej recenzji, jest osadzona w Szererze, od początku do końca samodzielnie wykreowanym przez autora świecie fantasy, z nawiązaniami do rzeczywistych, europejskich wieków średnich. Świat ten nie dość, że samodzielnie wykreowany, to jeszcze w swej konstrukcji jest spójny i konsekwentny, co dodaje kolejnego smaczku uprzyjemniającego lekturę.

Centrum wydarzeń fabularnych świata przedstawionego jest tym razem Dartan i jego najbogatszy region „Dobry Znak”, zarządzany niegdyś przez ekscentrycznego księcia Lewina. Owy ekscentryzm w oczach poddanych, i nie tylko poddanych, osiągnął swój punkt kulminacyjny w momencie, gdy książę zwrócił wolność, a następnie poślubił swoją niewolnicę, która po jego śmierci prawnie przejęła schedę po nim. Co oczywiście krewnym księcia w Dartanie nie było w smak do tego stopnia, że postanowili się z nuworyszką sądzić. Nawet nie o zasadę, że to była niewolnica przejmuje majątek, gdyż armektańskie prawo zezwala na taką sytuację, tylko o ów majątek. Gdyż „Dobry Znak” jest zdecydowanie bogatym i łakomym kąskiem. Pierwsza część książki, która została podzielona na dwa tomy, koncentruje się na intrygach związanych z przejęciem schedy i w konsekwencji przygotowaniem się do konfliktu zbrojnego, o którym traktuje tom drugi. Konflikt ten jest prezentowany od kuchni i to na zasadzie wielopłaszczyznowej. Gdzie, oprócz militarnej przewagi, ważną rolę odgrywają zwycięstwa ekonomiczne (jak na przykład spekulacja walutą, która rujnuje Cesarstwo), czy także intrygi natury dyplomatycznej. Pod tym względem powieść jest zdecydowanie tip top. Najlepsze jest też to, że każda strona konfliktu ma swoje racje i chyba z każdą stroną można sympatyzować. Tu Kres mile mnie zaskoczył, nie dzieląc frakcji na tych dobrych i na tych złych.

Read the rest of this entry »

Powieść Grega Egana długo zwodzi czytelnika, przyzwyczajonego (przez poprzednie utwory tego pisarza) do żłobiących nowe ścieżki w mózgu naukowych konceptów i teorii przetworzonych przez autora w intrygujące, ale – w gruncie rzeczy – trochę hermetyczne fabuły. Wymagały one – przed lub po lekturze – uzbrojenia się w solidny background naukowy, aby w ogóle podjąć próbę jakiejkolwiek rzetelnej krytyki. A jeśli chciało się „tylko” Egana przeczytać, wystarczyła bardzo skupiona uwaga, aby nie wypaść z drogi wytyczonej przez autora. Choć jest ona zawsze zawikłana, to stworzona z precyzją ścisłego, matematycznego umysłu twórcy.

Inaczej jest w „Teranezji”. Większa część historii to po prostu nieźle skrojona obyczajowa powieść, dziejąca się w niedalekiej przyszłości, najpierw na jednej z wysp należących do Indonezji. Na niej „dziewięcioletni Prabir Suresh mieszka z młodszą siostrą, Madhusree (…). To raj, którego próżno szukać nawet na mapach regionu – Teranezja. Tam właśnie ich rodzice, biolodzy, badają pewien gatunek motyli, który dość niepojętym i dziwnym trafem pozostał nieodkryty aż do dwudziestego pierwszego wieku”. Jednak wybuch wojny domowej w Indonezji wywraca do góry nogami życie Prabira i Madhusree, nieodwołalnie kończąc ich idyllę

Read the rest of this entry »

Twórczość Juliusza Verne’a była prawdopodobnie omawiana setki razy. Spoglądano na nią z każdej możliwej perspektywy, analizowano w odniesieniu do wielu trendów współczesnej literatury. W związku z tym ciśnie się na usta pytanie: co jeszcze można powiedzieć o jednym z ojców fantastyki naukowej?

Śmiem przypuszczać, że Juliusza Verne’a zna większość odbiorców fantastyki. A jeżeli ktoś nie miał styczności z jego powieściami to na pewno słyszał o kapitanie Nemo, Phileasie Foggu, bądź wyprawie do wnętrza Ziemi, która swoją drogą całkiem niedawno została po raz kolejny zekranizowana. Ten wspomniany francuski pisarz, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, zasłynął przede wszystkim książkami o tematyce podróżniczo-przygodowej, które w wielu przypadkach opatrzone były popularno-naukowymi przypisami. Będąc małym smykiem zaczytywałem się w historiach przez niego opisywanych, a i dzisiaj zdarza mi się po nie sięgać. Można by długo rozprawiać o fenomenie Juliusza Verne’a. Nie jest to jednak czas i miejsce na to. Jeżeli jednak ktoś zadałby mi pytanie: „co sprawia, że książki francuskiego pisarza tak dobrze się czyta?”, odpowiedziałbym bez wahania: wartka akcja, sympatyczni bohaterowie, interesujące scenerie wydarzeń.

Read the rest of this entry »

Do przeczytania tej książki zachęcił mnie (jak widać, całkiem skutecznie) sam autor, którego miałem przyjemność poznać w trakcie jednego z wypadów do Wrocławia, czyli mojego ulubionego polskiego miasta. Po kilku piwach zobowiązałem się do przyswojenia sobie tytułu i szczerze mówiąc, powziętego zobowiązania nie żałuję. Miałem drobne obawy, gdyż był to powieściowy debiut autora i na dodatek z wydawnictwa, z którego rzadko nabywam książki. Już po fakcie muszę przyznać, że lektura okazała się całkiem przyjemna, o tym jednak za chwilę.

W poprzedniej recenzji umieszczonej na tym blogu Piotr Młynek napisał, że „Głową w mur” jest powieścią mozaikową. Zastanawiam się, czy ta klasyfikacja jest całkowicie adekwatna. Jeżeli powieść mozaikowa polega na subtelnych nawiązaniach do wydarzeń fabularnych, które korespondują ze sobą w zbiorze opowiadań – to „Głową w Mur” można nazwać powieścią mozaikową. Zastanawiam się, czy tu nie chodzi jednak o opowiadania (lub rozdziały powieści), które rozpatrują to samo wydarzenie (motyw, sytuację lub cały ciąg fabularny) za każdym razem z innego punktu widzenia, by w ostatnim z nich ostatni element układanki utworzył wszystko wyjaśniającą całość, ale wtedy mamy do czynienia z powieścią szkatułkową (jakby na to nie patrzeć kolejne opowiadanie rozwijają zawarte w poprzednich wątki – na mój gust jednak zbyt subtelnie). To tylko taka dygresja i wątpliwość z mojej strony. Faktem jest, że opowiadania są scalane motywami fabularnymi, postaciami, informacjami o wydarzeniach w innym opowiadaniu. Spinane są też swojego rodzaju klamrą, czyli kazaniami na Placu Szalonych Proroków, a owa klamra wprowadza czytelnika w odpowiedni klimat oraz nasuwa pewne wskazówki fabularne. Może być też tak, że „szkatułkowość” tej prozy w pełni uwidoczni się w całym cyklu. Ciężko orzec po lekturze tylko pierwszej części, ale to mnie niejako zmusza do sięgnięcia po kontynuację.

Read the rest of this entry »

„ – Ja patrzę na to tak – wyjaśnił. – Kiedy zrobiłeś już wszystko co warto zrobić, trzeba się zabrać za to czego nie warto.”

Sięgałem po „Światło” mając w pamięci wrażenie, jakie wywarło na mnie przeczytane dwa i pół miesiąca wcześniej „Viriconium”. Zastanawiałem się na ile to zasługa formy (zbiór mniej lub bardziej powiązanych ze sobą opowiadań i nowel), gatunku (przyjmijmy, że chodzi o owo enigmatyczne New Weird łączące elementy fantasy i science-fiction) czy scenografii, w której rzecz się działa, które bardzo mi do gustu przypadły, a na ile stylu autora, sposobu prowadzenia narracji. Bardzo ucieszyło mnie, że był to styl. W „Świetle”, mimo innego, na pierwszy rzut oka, gatunku i formy (powieść) efekt końcowy, czyli wrażenia czytelnika, jest bliźniaczo podobny. Znajomy nastrój dekadencji, psychodelii, surrealistyczny obraz świata dający podobne odczucia jak w „Viriconium”. Ludzkość i jej cywilizacja zawieszone w wieczności, z zamierającą wiedzą o wczoraj, bez podstaw do wiary w jutro. Z jednej strony ludzie to zwycięzcy, prawie każda rasa obcych jest podbita, ale spójrzmy, jak ci zwycięzcy wyglądają. Niby mogą przyjmować artefaktyczne ciała, tworzone według ich życzeń, ale jako zbiorowość wyglądają dość żałośnie. Wyobraźmy sobie ludzkość w dalekim kosmosie jako wielką grupę dzieci w kompleksie budynków zawierających supermarket, centrum handlowe, zakłady przemysłowe, punkty usługowe, itp. Rzuconych tam bez opieki i bez przewodnika. Z dziecięcą ciekawością i brakiem lęku, wynikającym z braku wyobraźni, próbujących uruchomić, oswoić, ujarzmić wszystkie otaczające ich „artefakty”. Tak właśnie wygląda ludzkość AD 2400 (tylko trzeba zadać sobie pytanie, czy to naprawdę jest rok Pański?).

Read the rest of this entry »

Wzdragałem się przed zaliczaniem powieści Kim Harrison do (pod)gatunku paranormal romance. W pierwszej części cyklu o wiedźmie Rachel Morgan odnalazłem świeżość i lekkość opowieści, jakiej brakowało mi w powieściach Mike’a Careya o Feliksie Castorze, delikatnie tylko przyprawionej elementami… hmm… romantycznymi. Liczyłem, że kolejna powieść utwierdzi mnie w przekonaniu, iż mamy do czynienia z, w gruncie rzeczy, całkiem przyjemnym urban fantasy. Pod tym względem powieść ta mnie rozczarowała, bo nie pozwoliła mi rozstrzygnąć, czy etykietka paranormal romance jest w jej przypadku tylko i wyłącznie chwytem marketingowym (pal sześć nagrody, jakie otrzymała ta autorka).

Read the rest of this entry »

Od kilku ładnych lat interesuję się tekstowymi klimatami związanymi z szeroko pojętą postapokalipsą. Zaczęło się niewinnie od kultowej dziś gry cRPG Fallout, w której postać gracza przemierza napromieniowane pustkowia zniszczonych przez wojnę nuklearną Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nie licząc trzech kolejnych odsłon tej gry, zacząłem nadrabiać zaległości literackie oraz filmowe. Tak oto, między innymi, przeczytałem „Bastion” Stephena Kinga, „Świt 2250” Andre Norton, „Cylinder Van Troffa” Janusza Zajdla czy też „Kantyk dla Leibowitza” Waltera M. Millera. Widziałem sporo filmów w klimacie „postapo”, w tym trylogię „Mad Max” George’a Millera, „Beowulf” Grahama Bakera, „O-bi, O-ba. Koniec cywilizacji” Piotra Szulkina, niedawno nakręcony „Jestem Legendą” Francisa Lawrence’a, czy też skończyłem wreszcie oglądać rewelacyjny serial „Jerycho”, który niestety z powodu niskiej oglądalności zszedł z ramówki, a szkoda. Oczywiście przez kilka lat miałem także małą obsesję na punkcie polskiego systemu RPG „Neuroshima”, który w znakomity sposób skonstruowany został jako intertekstualna mieszanka, czy też raczej skompilowana „pigułka” tekstów postapokaliptycznych. Moja postać: Indianin, tropiciel o imieniu „Sokole Oko”, z maksymalną percepcją, sztuczką „Snajper” i „antycznym” karabinem Springfield z zamontowaną lunetą. To było coś! Aż łezka się w oku kręci.

Read the rest of this entry »

Zebrane w jednym tomie powieści „Dzień Tryfidów” oraz „Poczwarki” są kolejną pozycją z serii klasyka science fiction, cyklu w ramach którego Solaris stara się przypominać czytelnikom o książkach wydanych po raz pierwszy ładnych kilkanaście lat temu, ale mimo upływu czasu wciąż wartych uwagi. Osobiście bardzo chwalę sobie taką politykę, dostając dzięki temu bez problemu nowe wydania książek, które w innym wypadku mogłyby być trudniej dostępne. Z drugiej zaś strony, nie jest wcale pewne czy z własnej inicjatywy sięgnęłabym po niektóre pozycje. Bo chociaż z „Dniem Tryfidów” miałam okazję zapoznać się wcześniej, kiedy przypadkiem trafiłam na tę książkę w miejskiej bibliotece, to „Poczwarki” były dla mnie zupełną nowością.

Read the rest of this entry »

Z trzecią książką poświęconą przygodom kelnereczki Sookie Stackhouse mam coraz większy problem. Wynika on przede wszystkim z faktu, że wydawnictwo MAG prześcignęło stację HBO, która ekranizowała kolejne części cyklu, przyjmując je jako – tylko – punkt wyjścia do fabuły filmowej. Takie porównywanie serialu i literackiego pierwowzoru pozwalało na ciekawe spojrzenie (poprzez porównanie), zarówno na serial, jak i na książkę.

I oto mamy „Klub Martwych” i nie mamy serialu, którego trzeci sezon dopiero powstaje i zadebiutuje w HBO latem 2010 r. Zostałem więc teraz sam, bezbronny, naprzeciwko trzeciej części powieściowego cyklu, zastanawiając się cóż mogę napisać o nim, czego nie dało się przeczytać w poprzednich moich tekstach dotyczących powieści pani Harris? Nic się w „Klubie Martwych” nie zmieniło. Wciąż mamy do czynienia z tym samym stylem pierwszoosobowej narracji głównej bohaterki, która jednak nie jest wszechwiedzącym narratorem. Jednak (być może pochłonięty porównywaniem ze znakomitym serialem, dopiero teraz to dostrzegam) fabuła jest już odrobinę bardziej skomplikowana. Na pewno wyraźniej niż w poprzednich częściach widać, że nie chodzi już o prowincjonalne śledztwa i zabójstwa, poszerza się perspektywa, na scenę wkraczają nowe postaci (na przykład wampirza królowa – postać znana także z końcówki drugiego sezonu „True Blood”) a wraz z nimi odpowiadające ich randze tajemnice i intrygi (taka królowa przecież plany ma bardziej skomplikowane i poważniejsze). Sookie zatem „wchodzi do gry” ze znacznie poważniejszymi graczami, ale – mimo to – wcale nie ewoluuje, nie dorasta do kalibru, jaki prezentują wielcy gracze. To nadal rezolutna, mało skomplikowana i zapatrzona (odrobinę trzeźwiejszym spojrzeniem) w „swojego” wampira Billa i jego wampirzego szeryfa Erica. Przyznać trzeba, że postaci tych wampirów to jak wycięte z pism dla nastolatek postaci dorosłych chłopców. To znaczy: są oni dorośli, tak są przedstawiani, ale tak naprawdę to dorośli o mentalności nastolatków, albo tylko nastolatki udające dorosłych i – na dodatek – wampiry.

Read the rest of this entry »

Cley, były fizjonomista, po latach spokojnego życia z dala od cywilizacji zostaje zmuszony do powrotu w stare strony. Jego koszmary ożywają i zostają urzeczywistnione przez byłego mistrza – Drachtona Nadolnego. Jeffrey Ford dopisuje dalszy ciąg historii do stworzonego przez siebie świata w powieści „W labiryncie pamięci”. Przedstawia nam kolejne stracie Cley’a z genialnym konstruktorem, lecz tym razem polem bitwy będzie umysł.

Powieść rozpoczyna się w spokojnej wiosce – Wenau – gdzie po upadku Dobrze Skonstruowanego Miasta zamieszkał główny bohater. Cley zajmuje się leczeniem mieszkańców i tak odpłaca im za gościnę. Wciąż jednak nękają go demony przeszłości, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Na domiar złego zostaje odnaleziony przez byłego mistrza i żeby ratować współmieszkańców musi powrócić do ruin metropolii, by po raz kolejny stanąć przed obliczem Nadolnego. Tutaj sytuacja komplikuje się, a bohater zmuszony jest wniknąć w umysł wroga i odszukać w jego pamięci antidotum na dziwną śpiączkę, która ogarnęła Wenau.

Read the rest of this entry »