Akcja drugiego tomu „Namiestniczki” przenosi czytelników nieco do przodu w czasie. Teraz Namiestniczką jest Salome, następczyni Enrissy, bohaterki tomu pierwszego. W przeciwieństwie do swej poprzedniczki nie jest ona silną i niezależną kobietą. Jest marionetką w rękach Wielkiej Rady. A w Imperium Anryjskim dzieje się sporo. Znowu rosną spiski, komplikują się intrygi. Ostrze wielkiej polityki skupia się na elfach i rosnącym zagrożeniu z ich strony. Stają się (zasłużenie) widocznym, zbiorowym czarnym charakterem. Wydawać mogłoby się, że wszystko zwiastuje nieuchronną katastrofę, która musi nadejść prędzej, czy później. I jest jeszcze pewna kluczowa przepowiednia…
Sięganie po autora debiutującego powieścią na polskim rynku czytelniczym zawsze niesie ze sobą ryzyko. A jeżeli pisarstwo Pana X nie będzie tym, na co czekaliśmy przez ostatnie tygodnie? W końcu opowiadanie rządzi się innymi prawami niż książka. Medialny szum zrobił swoje i zapowiada się dobrych trzystu sześćdziesięciu stron tekstu, lecz między Bogiem a prawdą nikt nie może być niczego pewien. Nawet najlepiej rozreklamowana historia może okazać się literackim bełkotem, za który – gdybyśmy wiedzieli – nie zapłacilibyśmy złamanego grosza. Szczęśliwie dla czytelników i wydawcy powyższy scenariusz nie dotyczy pierwszej księgi Virgi. Przy lekturze Słońca Słońc Karla Schroedera bawiłem się znakomicie i tym samym mam cichą nadzieję, że Andrzej Jakubiec nie poprzestanie na jednym, ale pokusi się także o kolejne teksty kanadyjskiego pisarza.
Read the rest of this entry »
Siedemdziesiąt dwie litery Teda Chianga stanowią doskonałą ilustrację tezy, że nie należy oceniać książki po okładce, bowiem, niczym w baśni, za odpychającą fasadą kryć się może wartościowe wnętrze. W tym wypadku jedenaście opowiadań nagrodzonych łącznie dwunastoma (nie licząc nominacji) nagrodami. Tak liczne wyróżnienia dowodzą, że warto zainteresować się owym autorem. Przemawia za tym również jego dorobek – chociaż na przestrzeni dwudziestu lat opublikował zaledwie dwanaście opowiadań, ich poziom dobitnie wskazuje, iż pisarz stawia na jakość, a nie ilość.
Zacznijmy od informacji technicznych – z uwagi na okres letni i związane z tym wakacje oraz urlopy, przegląd wydarzeń będzie ukazywał się co dwa tygodnie. Pozwoli to również bez większych problemów, zapełnić ciekawą treścią kolejne wpisy. A co ciekawego wydarzyło się podczas minionych dwóch tygodni? Zaczynamy.
Lubię spotkania z autorami z dalekich, egzotycznych zakątków świata. A takim odległym krajem jest na pewno dla mnie Japonia. Nawet jeśli mam za sobą kilka powieści Murakamiego, z tego co słyszałam – mało japońskiego, czytałam Kobietę z wydm Abe Kobe, a także Zimny płomień Yukio Mishimy, to nie jestem w żaden sposób znawczynią literatury z tego egzotycznego państwa. Co więcej, wydaje mi się, że zdecydowanie za mało wiem o kulturze Dalekiego Wschodu – jej mitologii, symbolice, tradycjach, by odebrać w pełni nadawany komunikat. Nie zmienia to faktu, że od czasu do czasu trafia w moje ręce kolejna pozycja japońskiego autora i staram się ją zrozumieć oraz przyswoić.
Tym razem padło na niewielki zbiorek trzech utworów autorstwa Hiromi Kawakami Nadepnęłam na węża. Wydany przez Karakter, dość głośno i pochlebnie komentowany, okazał się rzeczywiście świetną literaturą. Trudno go zakwalifikować gatunkowo. Jest pełen onirycznych, fantazyjnych obrazów, prezentuje rzeczywistość gdzieś z pogranicza jawy i snu, realizmu i świata pełnego nieistniejących stworzeń oraz miejsc.
Tym razem, już tradycyjnie przegląd wydarzeń tylko z minionego tygodnia. Z tego względu nowych wieści może i mniej, ale jak zwykle coś dla Was znaleźliśmy. W poprzednim było dużo o zagranicznych wizytach, w dzisiejszej edycji dla odmiany będzie o spotkaniach z polskimi pisarzami.
Są książki, które zachwycają mnie od pierwszej strony, są takie, do których przekonuję się stopniowo, podczas lektury, są też takie, które w trakcie czytania nie robią na mnie wielkiego wrażenia, ale po ich zakończeniu okazuje się, że jakoś we mnie utkwiły, nie mogę przestać o nich myśleć, prowokują, dręczą, uwierają. Taką pozycją okazało się dla mnie Miasto szaleńców i świętych Jeffa VanderMeera. Sięgnęłam po nie, gdyż nie chciałam zaczynać spotkania z Ambergris od środka, a w kolejce czekało Shriek:Posłowie; w międzyczasie ukazała się też kolejna pozycja osadzona w tym samym uniwersum, a mianowicie Finch. Obie wydane w ukochanej przeze mnie serii Uczta Wyobraźni.
Kolejne tygodnie z obsuwą i ciszą na blogu – czy ulegnie to zmianie? Dobre pytanie, odpowiedź przyjdzie w najbliższych tygodniach, bo i uzależniona jest od kilku czynników. Ale będąc mimo wszystko dobrej myśli, czas na zbiorcze podsumowanie – tym razem z trzech tygodni. Fakt, że rozpoczyna się leniwy okres wakacji i nie ma ich aż tak wiele, ale ja nie miałam problemu z zapełnieniem tego wpisu. Będzie trochę o zapowiedziach Powergraphu na jesień, obcięciu planów wydawniczych w Magu oraz o wizytach zagranicznych gości w naszym kraju.
„Terminal World” to, jak dotąd, ostatnia powieść Alastaira Reynoldsa, która się ukazała (i jedna z kilku, które nie mają widoków na polską premierę, póki co). To kolejna samodzielna historia nieosadzona w stworzonym przez autora uniwersum znanym polskim czytelnikom z „Przestrzeni Objawienia” i pozostałych powieści wydanych w Polsce. Akcja dzieje się na Ziemi, ale w bardzo dalekiej przyszłości. Tak dalekiej, że pamięć o tym, iż ludzkość kiedyś zdobywała gwiazdy, traktowana jest z przymrużeniem oka, jako alegoryczna, religijna przypowieść o moralności i ludzkim duchu. Tak samo traktowane są nieliczne przekazy pisemne na ten temat. Wiadomo, że kilka tysięcy lat wcześniej planetę i całą ludzkość dotknął pewnego rodzaju kataklizm. Wiedza i nauka przestały być poważnie traktowane, Ziemia powoli umiera, staje się coraz chłodniejsza i uboższa w zasoby, z których najcenniejsze jest drewno. Ludzkość żyje w ogromnym mieście, Spearpoint, które ma to do siebie, że rozpościera się nie tylko w sposób… hmm… horyzontalny, ale również „rośnie” w górę, dzieląc się na ogromne poziomy. Na najniższym zamieszkują „zwykli” ludzie, na wyższych ludzie bardziej rozwinięci – na przykład anioły, które są postludzką, „wyższą” formą życia. Choć wyglądają, zasadniczo, jak ludzie (lecz mają skrzydła), to są wypełnieni i wspomagani nanotechnologią. To nie wszystko – świat jest podzielony na strefy, z których nie wszystkie nadają się do życia dla człowieka i postludzi. A nawet podróżowanie między nimi wymaga zażywania medykamentów. Dotyczy to zarówno ludzi, jak i aniołów. Istnieją na Ziemi jeszcze dwa inne miasta, które według legend tworzą podstawowe miejsca egzystencji gatunku ludzkiego. Ale ich nie poznajemy w trakcie powieści bezpośrednio. Pojawią się tylko w opowieściach, których natura sprowadza się nie do opisania ich, ale do pokazania czytelnikowi z jak daleką przyszłością ma do czynienia.
Powieści przyjmujące za cel opowiedzenie historii czysto życiowej i to takiej, która dla potencjalnego odbiorcy mogłaby wydawać się niezbyt interesująca – żeby nie powiedzieć „nudna” – nie mają łatwego życia. Jakie są szanse takiej książki, jeżeli czytelnik ma do wyboru wciągającą space operę Reynoldsa, przygodę w klimatach fantasy, czy jedną z pozycji prezentowanych w serii Uczta Wyobraźni? Co więcej, odnoszę wrażenie, że polski rynek literacki jest na tyle mocno napchany wszelkiego rodzaju wznowieniami, bestsellerami i ciągłymi „obiecującymi” debiutami, że o przeoczenie książki Cormaca McCarthy’ego – zwłaszcza takiej, która nie należy do grupy tekstów zekranizowanych – bardzo łatwo. Wielka szkoda.

















