„Indygo” to mój pierwszy kontakt za twórczością Grahama Joyce’a. Zachęciły mnie informacje o zdobytych przez pisarza nagrodach, notka wydawcy oraz fakt zamieszczenia opowiadania „Częściowe Zaćmienie” w wysoko ocenianej antologii „Kroki w nieznane 2006”. Seria Rubieże wydawnictwa Solaris sugerowała książkę nieskrępowaną kanonami SF czy fantasy, po przeczytaniu jej miałem jednak mieszane wrażenia. Otrzymałem zgrabnie napisaną historię pewnego testamentu, która jest zaczątkiem i niejako kręgosłupem całej powieści. Testament ów oraz powinności jakie nakłada na głównego bohatera, czyli wydanie książki oraz znalezienie głównej beneficjentki, są osnową, po której pnie się fabuła książki. Cała akcja, nie licząc drobnych wyjątków, rozgrywa się w październiku 1997 roku w Chicago i Rzymie, dokąd perypetie rodzinne rzucają Jack Chambersa, młodego Anglika, głównego bohatera powieści.
Podzielenie tej powieści na dwie części to niezbyt szczęśliwy zabieg z punktu widzenia nerwów czytelników. Zakończenie pierwszego tomu było dosyć gwałtowne i emocjonujące, z tym większą werwą i zapałem zabierałem się za czytanie tomu drugiego. I jedno jest pewne, Stover nie zawiódł.
Po lekturze całej powieści widać zaplanowaną konstrukcję fabuły, która – tym razem – przedstawia losy Caine’a w szerszej perspektywie, niż w „Bohaterowie umierają”. Jego przygody są teraz sprzężone z losami Nadświata w sposób nierozerwalny. Jakby konsekwencją rozszerzenia perspektywy jest zepchnięcie postaci Caine’a na drugi plan, choć nadal odgrywa on decydującą rolę w biegu wydarzeń. Nie jest już jednak tym samym motorem sprawczym wszystkich działań, bo nie może być. Pamiętając o tym, jak kończył się tom pierwszy powieści, siłą rzeczy czekałem na to, aby się przekonać, czy i jak uda mu się podźwignąć z naprawdę głębokich tarapatów, w które został wpakowany za sprawą swoich wrogów. A także, czy i jak uda mu się uratować siebie i bliskich. Największa niespodzianką okazał się jednak nie tylko sposób podźwignięcia się głównego bohatera, ale i fakt, że tak naprawdę jego największym wrogiem był ktoś inny, kto z dotychczasowych przeciwników uczynił tylko marionetki.
Imperium Malazańskie, mocarstwo stworzone przez cesarza Kellenveda, podbijało i siało postrach wśród wszystkich narodów świata. Niosło cywilizacje i rozwój, ale także jarzmo zniewolenia i utraty niepodległości. Grupa najemników poprzysięgła nie spocząć dopóki Imperium będzie istniało, stworzyła bractwo, Karmazynową Gwardię, która po latach powraca, aby stoczyć decydującą bitwę z Malazańczykami.
Ian Cameron Esslemont wraz ze Stevenem Eriksonem stworzyli na własny użytek świat fantasy, w którym toczyli gry rpg. Znudzeni tym co jest na rynku, chcieli czegoś oryginalnego, nowego i pewnie przede wszystkim własnego. Tak powstało uniwersum, w którym na pierwszym planie są liczni bogowie i ascendenci, imperia i królestwa, starożytne istoty i nowe stowarzyszenia, a zwykli ludzie nigdy nie stoją na przegranej pozycji.
Część tekstów zawartych w zbiorku nie będzie obca dla tych, którzy mieli okazję zaznajomić się wcześniej z „Krokami w nieznane 2008” oraz z „Krokami w nieznane 2009”, wydanymi przez Solaris pod redakcją Mirka Obarskiego. W pierwszym zbiorze znalazły się wcześniej: „Efekt Bowdlera” Jamesa Lovegrove, „Ostatni kontakt” Stephena Baxtera oraz „Trzecia osoba” Tony’ego Ballantyne’a. Zaś w najnowszych „Krokach w nieznane” ukazał się tekst „Impreza pożegnalna” Erica Browna. Opowiadanie to jest ciepłą i – jednocześnie – smutną opowieścią o pożegnaniu przyjaciół wobec perspektyw podróży, jakie otwierają się przed nimi dzięki kontaktom z tajemniczymi Obcymi. Jest to jedno z lepszych opowiadań w tej antologii i jedno z dobrych w „Krokach nieznane 2009”. „Antologia Nowej Science Fiction”, która zawitała do Polski za sprawą wydawnictwa Copernicus, to właśnie – w większości – wybór opowiadań dobrych, wśród których nie ma tekstów błyskotliwych i przejmujących, jak, przykładowo „Śmiercionauci” Teda Kosmatki (w „Krokach w nieznane 2008”), czy „Mała bogini” Iana McDonalda (w „Krokach w nieznane 2009”). Większość tych opowiadań dorównuje tekstom, które w przywołanych antologiach byłyby uznane za „tylko” dobre. Ale to może tylko zachęcać do lektury, prawda? W moim przypadku: niekoniecznie, o czym na koniec.
Biorąc w ręce najnowszą powieść Łukasza Śmigla, szykowałem się na horror. Oczekiwałem mnóstwa krwi, gwałtów, okropnych scen rozczłonkowywania ciała i gdzieś z boku latającego diabła. O, jak dobrze, że czasem pisarz jednak ruszy wyobraźnią i wymyśli coś własnego. „Decathexis” jest właśnie takim tworem. Autor przed napisaniem pomyślał, co chce pokazać w książce i wyszło to jemu, a także nam, czytelnikom, na zdrowie. Oto, co twórca „Demonów” i „Muzykologii” zaserwował nam tym razem.
Kierkegaard, duński myśliciel, zajmujący się egzystencjalizmem, znalazł tak duże uznanie w oczach autora, że ten w swojej powieści nadał światu jego nazwisko, światu w którym główną religią jest kult śmierci. To pierwsze i najbardziej rzucające się w oczy nawiązanie, ale w powieści jest ich pełno (np. Moria, Kirkut), nawet można stwierdzić ich przesyt. Także filozofia gra w niej jedną z głównych ról, a przemyślenia bohaterów uzewnętrzniane są często. Jak autor wspomniał we wstępie, jest wielbicielem życia i pewnie z tego powodu umieścił w książce Kościół Morii, a jako oponenta przeciwstawił mu zbuntowanego młodego śledczego. Główny bohater, Jon Pendergast, jest zaufanym agentem w służbie królowej Geneview oraz jej bliskim przyjacielem. Wraz z innym człowiekiem korony, tajemniczym szermierzem Danse Macabre, próbuje rozwiązać tajemnicę znikających z grobów zwłok. Dochodzenie jest o tyle ważne, że już niebawem ma nastąpić najważniejsze święto w krainie matki Śmierci.
Recenzując pierwszy tom „Opowieści sieroty” byłem pod wpływem niezwykłego języka oraz formy, w jakiej autorka zaprezentowała nam fascynujące historie, wypisane na powiekach jej głównej bohaterki. Teraz, mierząc się z drugim tomem, z jednej strony odczuwam pewien niedosyt, a z drugiej odnoszę wrażenie, że przeczytałem świetną książkę.
„Opowieści sieroty: W miastach monet i korzeni” Catherynne M. Valente to dwie kolejne księgi historii o fantastycznych światach i losach jeszcze dziwniejszych bohaterów. Spotykamy tu dżiny, dziecko drzewo-krowę, złote jeże, córkę kogutkarza, olbrzyma i wiele innych barwnych postaci. Akcja toczy się w baśniowych miastach, miejscach nasuwających na myśl biblijna scenerię, czy też obszarach zaczerpniętych z różnych mitologii. Autorka przyznaje w podziękowaniach, że wielki wpływ miały na nią książki czytane w dzieciństwie przez jej babcię. A zestawienie „Biblii” z „Baśniami z tysiąca i jednej nocy” oraz „Ramajaną” zaowocowało zróżnicowaniem kulturowym i pozwoliło Valente nie tylko na czerpanie pełnymi garściami z wymienionych pozycji, ale szczególnie o wyrwanie się z wcześniej nałożonych okowów. Widać tutaj sprzeciw przed szufladkowaniem mistycznych stworzeń, jakiego dokonywali artyści na przestrzeni tysiącleci. Dżiny wcale nie chcą spełniać życzeń, a syreny nie śpiewają po to, aby zwieść żeglarzy. Autorka zarzuca innym twórcom uleganie stereotypom i niesprawiedliwe traktowanie owych stworów.
Dorobek pisarski Mike’a Resnicka może zrobić wrażenie na prawie każdym czytelniku. Większość jego powieści osadzona jest w tym samym uniwersum, wszechświecie Pierworodnych. W tych realiach napisał około 46 książek, powieści i zbiorów opowiadań. W swoich utworach opisuje wydarzenia, które miały miejcie na przestrzeni prawie 20 tysięcy lat. Także akcja cyklu „Starship” została osadzona w wszechświecie Pierworodnych, w czasach schyłku okresu Republiki.
Pierwszy tom owego cyklu ukazał się jeszcze w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. „Bunt”, bo to o nim mowa, jest typową space operą. Ale książka Resnicka jawi się jako przeciwieństwo dokonań Petera F. Hamiltona. Można powiedzieć, że twórczość tych autorów¹ leży na dwóch różnych biegunach. W prozie Hamiltona śledzimy losy wielu bohaterów, a intryga rozgrywa się na poziomie całego wszechświata, a u jego amerykańskiego kolegi ograniczeni zostajemy do jednego bohatera i jego przygód. Akcja powieści skupia się na jego dokonaniach i gdy tylko sytuacja tego nie wymaga, zbyt wiele o tym, co dzieje się w innych rejonach kosmosu, się nie dowiemy. Bliżej za to książce do SF pisanej przez Siergieja Łukjanienkę, tylko bez prób refleksji nad kondycją ludzkiej cywilizacji.
Kłopot z moją jednoznaczną oceną kolejnej odsłony Uczty Wyobraźni bierze się stąd, iż książka ta złożona jest z dwóch części, które są sobie nierówne. „Listy z Hadesu” to niby – dziennik agnostyka, który trafia do Piekła i zderza się z jego brutalnością oraz – przede wszystkim – z samym faktem jego istnienia. W tym zakresie nie uniknął autor „sprzedania” wizji Piekła i jego „ofiar” w wersji dosyć prymitywnie ociosanej. Trudno mi stwierdzić, którą z wizji „miejsca wiecznych kaźni” kierował się Thomas przy pisaniu tej powieści. Wątpię, aby to była wersja chrześcijańska (czy wężej: katolicka), choć przecież do niej najbliżej w tej mikropowieści. Jednak do swojego Hadesu Thomas wrzucił nie tylko wszystkich, którzy mieli odmienny pogląd na istnienie Boga, ale nawet tych, którzy nie mieli szans na wypracowanie sobie tego poglądu (np. jaskiniowców). Jest to dosyć odległe od tego, czego uczy się dzieci na lekcjach religii (a przynajmniej uczono w nieodległych czasach, kiedy niżej podpisany na nie uczęszczał). Jeffrey Thomas na pewno nie zrobił przed pisaniem tej mikropowieści porządnego researchu w literaturze przedmiotu. Może był on potrzebny. Bo czytanie o Piekle Thomasa to jak czytanie tekstu o przeglądarkach internetowych, spośród których autor zna tylko Internet Explorer a i tę niedokładnie.
Przez wiele lat z całkiem mi teraz niezrozumiałych przyczyn nie dotykałem żadnej książki z kręgu klasycznego S-F. Czytywałem moc fantasy, tak wysokich jak i niskich lotów. A od czasu „Diuny” i „Ubika” kilkanaście lat temu S-F stało się dla mnie istną terra incognita. Na szczęście zmieniłem podejście, co nie oznacza, że wyzbyłem się wszelkich wątpliwości..
Czasem biorąc w ręce „klasykę” S-F czytelnik zastanawia się na ile ów utwór się zestarzał. Czy aby nie trąci myszką? Czy przekaz, wiekopomny trzydzieści z górą lat temu, będzie nadal robił wrażenie, mimo kolosalnych różnic między światem przedstawionym, a tym jak teraz widzimy naszą przyszłość. Dla wielu czytelników głęboką przeszłością jest rok 1984, który dla Orwella był odległą przyszłością. Nękany takimi obawami sięgnąłem po „Piknik na skraju drogi” braci Strugackich. I po raz kolejny przekonałem się, że najlepsze pomysły zniosą bez problemu próbę czasu. Literatura SF nie jest tu żadnym wyjątkiem. Potrafi mnie wprawić w zachwyt.
Są tacy pisarze, którzy sami sobie problemy potrafią stwarzać. Nie dla nich życie twórcy ustatkowanego, dającego raz za razem czytelnikom sprawdzone już wcześniej standardy. To byłoby za proste. Na początku roku dostaliśmy zbiór opowiadań „Głową w mur”, który został okrzyknięty błyskotliwym debiutem w światku polskiej fantastyki. Po koniec roku zaserwowano nam „Dzikiego Mesjasza” i nim Rafał W. Orkan po raz kolejny napytał sobie biedy. Potwierdził swoje umiejętności pisarskie i zaprezentował nam garść niezwykle ciekawych rozwiązań oraz zaskoczeń, czym podniósł sobie po raz kolejny poprzeczkę.
Wracając do pierwszej części „Paramythia Vakkerby”, możemy narzekać na konstrukcję książki. W sumie mamy tam do czynienia z opowiadaniami, jednym świetnym („Miód z moich żył”) i innymi o różnym poziomie. Z perspektywy czasu wygląda na to, że autor miał gotowe 2-3 opowiadania, które stanowiły szkielet książki i aby powiązać ich historię w jedno, połatał je innymi utworami. Nie znaczy to oczywiście, że wyszło źle, ale widać takie jakby szpachlowanie czy łatanie. Zaletą był też dobry warsztat autora i jego przygotowanie, dopracowanie owych tekstów. Większość rzeczy zagrała i w rezultacie czego otrzymaliśmy intrygujący debiut książkowy. Wiele osób oczekiwało, że w zapowiadanej kontynuacji otrzymamy coś jeszcze lepszego. Ci czytelnicy nie powinni czuć się zawiedzeni ani odrobinę.










