„Rozgwiazda” – Peter Watts

Losy cywilizacji spoczywają na barkach jej wyrzutków.

Kiedy trzeba kogoś do obsługi elektrowni położonych trzy kilometry pod powierzchnią Pacyfiku, zaczynają się poszukiwania odpowiednich osób do podmorskiego programu na ryfcie. Zatrudnienie znajdują ci, których przeszłość wstępnie przystosowała do niebezpiecznych środowisk; ludzie do tego stopnia przyzwyczajeni do obrażeń cielesnych i chronicznego stresu, że przebywanie na skraju podwodnego wulkanu jest w ich przypadku wręcz niejakim postępem. Nikogo zbytnio nie obchodzi satysfakcja z pracy. Jeśli przez całe życie nie nauczyłeś się, że wszelki opór jest bezcelowy, w ogóle nie zostałbyś ryfterem. To niewielka cena, jaką trzeba zapłacić, by na wybrzeżu płonęły światła.

Pośród klifów i rowów Grzbietu Juan de Fuca istnieje jednak coś, czego nikt nie spodziewał się tam odkryć, zaś wysokie ciśnienie potrafi zmienić nawet najbardziej uległą zawodową ofiarę w istotę z żelaza. Z początku nawet ryfterzy nie są świadomi tego, co w sobie noszą – a gdy wszyscy inni wreszcie zdają sobie z tego sprawę, to właśnie ci odrzuceni i pogardzani trzymają dłonie na przycisku „reset” dla całej cholernej planety…

Zobacz również:

Fragment:

„Rozgwiazda” Peter Watts – fragment I

„Rozgwiazda” Peter Watts – fragment II

Recenzja:

„Rozgwiazda” Peter Watts – Roman Ochocki